Afryka · Podróże

Safari w Kenii

“Safari??!! Oszaleliście? No tam Was jeszcze nie było!” albo “Tak, niech zje Was jakiś lew czy tygrys!” – z takimi odpowiedziami spotkałam się, kiedy poinformowałam swoją rodzinę o wyjeździe do Kenii. No cóż, przyznam, że jest to nieco dalej niż typowe studenckie wyjazdy, ale po co miałabym się ograniczać do samej Europy? Świat znajduje się też poza nią i śmiem twierdzić, że w tych dzikich i nieznanych zakątkach jest najwięcej prawdziwości świata. Chcę zobaczyć te wszystkie miejsca, które nie zostały całkowicie pochłonięte przez człowieka, bo może za kilka lat już tego nie będzie.

Planując podróż poślubną do Kenii, byłam pewna, że safari będzie musiało zostać włączone do naszego planu. Już kilka miesięcy wcześniej marzyło mi się zobaczenie żyraf i dzikich kotów, więc gdy w końcu okazja stanęła mi przed nosem to trzeba było ją schwytać.

Postanowiłam skorzystać z oferty biur, organizujących takie wycieczki, bo na własną rękę i tak byśmy tego nie zorganizowali. Co jak co, ale nie chciałabym zostać zeżarta przez lwa, a prawa jazdy i tak żadne z nas nie ma. Poza tym, patrząc na opinie ludzi, to samodzielne ogarnięcie safari okazuje się prawie równie kosztowne co skorzystanie z firm, które się tym zajmują. Przylot do Nairobi był zaplanowany na godzinę 8 rano, a więc już tego samego dnia mogliśmy ruszyć na safari. Wybrałam ofertę firmy Natural World Kenya Safaris , która nie tylko była najtańsza ( o czym mi oczywiście najbardziej zależało), ale też posiadała mnóstwo pozytywnych opinii na Trip Advisor – co znaczy, że ludzie wracają i nie zostają wyrzuceni w środku safari jako drugie śniadanie dla zwierzątek. Początkowo myślałam o jednodniowym safari, w końcu w ciągu tych kilku godzin te zwierzaki nie pochowają się pod kamienie i raczej się coś zobaczy. Jednak potem stwierdziłam, że przecież to jest cała esencja, najważniejsza część całej podróży to właśnie TO. Zagryzłam wargę i wybrałam 3-dniową opcję safari w Parku Amboseli i Tsavo West. Ten pierwszy był koniecznym, który chciałam odwiedzić ze względu na piękny widok Kilimandżaro znajdującego się w sąsiednim kraju – Tanzanii. Góra jest widoczna rzadko, tylko przy dobrej widoczności, ale zdjęcia z tego parku są moim zdaniem najpiękniejsze.

Ze względu na początek pory deszczowej cena za safari należała do najniższych oferowanych. Aczkolwiek, jeśli by mnie ktoś pytał to wyjazd w tym okresie jest fantastyczny – mało turystów, zielono wokoło, niższe ceny. Deszczu w ciągu wyjazdu doświadczyliśmy 2 razy, raz z samego rana i raz w nocy.

Jak się udało nasze safari ?

Gdy tylko koła samolotu dotknęły ziemi zauważyłam na oknie krople deszczu. Pierwsza myśl: “Cholera, jeśli tak będzie cały czas to chyba się rozpłaczę”. Lotnisko w Nairobi nie należy do tych ekskluzywnych. Zgodnie z umową w hali przylotów powinien na nas czekać przewodnik z nazwą firmy. Hmm.. nie ma. Wyszliśmy na zewnątrz i dopiero tam jakaś kobieta zapytała kogo szukamy i pomogła nam go znaleźć. Biorąc pod uwagę ile ludzi starało się nas naciągnąć na swoje usługi, to było bardzo miłe z jej strony.

Zabrano nas do pobliskiej apteki, bo niestety zapomniałam kupić środka na komary. Nie żeby malaria grasowała w Kenii czy coś, chyba najważniejsza rzecz obok kremu z filtrem, ale przypomniałam sobie o nim za późno. Z malutki pojemniczek zapłaciłam 20 dolarów – szok! – w Polsce zapłaciłabym 3 razy mniej, no ale trudno, taka jest kara za zapominalstwo…

Przewodnik Dominic był bardzo sympatyczny. Jedynym problemem okazało się dogadanie się z nim. W Kenii język angielski jest drugim językiem zaraz po suahili, ale akcent niektórych ludzi zdecydowanie nie należy do tych zrozumiałych. Gdy podczas safari Dominic pokazywał nam coś, to dosyć, że nie rozumieliśmy czego szukać,to ja jeszcze jestem prawie ślepa i nic nie widziałam.

Nasze safari obejmowało 2 noclegi oraz śniadania, lunch i kolacje w formie bufetu. Pierwszy nocleg znajdował się w pobliżu Parku Amboseli, był to tzw. camp gdzie znajdowały się wielkie namioty, jadalnia, basen, alejki spacerowe. Nasz namiot był zamykany na suwak, ale i tak była mała dziurka przez którą z pewnością mógłby się wślizgnąć jakiś wąż. Myślę, że to była moja największa obawa jeśli chodzi o całe safari. Jedną z największych radości okazało się, to że pogoda dopisała i mogliśmy zobaczyć Kilimandżaro w całej okazałości 😉 To chyba trochę jak Wieża Eiffle’a w Paryżu, tak jak prawie każde zdjęcie z Paryża chciałam robić na tle wieży tak i w Parku na tle góry.

Drugi nocleg mieliśmy w sercu Parku Tsavo West w luksusowym “lodge”. Pokój posiadał balkon z widokiem na panoramę oraz wodopój, gdzie gromadziły się liczne zwierzęta. W całym obiekcie było mnóstwo dużych, kolorowych jaszczurek, które bez żadnego problemu chodziły sobie po ścianach budynków, schodach itp. Dostaliśmy informację aby koniecznie zamykać balkon, aby pawiany nie weszły do pokoju – ja tam bardziej się obawiałam tych jaszczurek.

21DSC_0490

Fantastycznie było jeździć i widzieć te wszystkie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Teraz kiedy sobie pomyślę o zoo, to wydaje mi się to takie podłe, że one muszą się tak męczyć. Moim marzeniem było zobaczenie dzikich kotów – lwa i lamparta. Tego drugiego nie udało nam się spotkać, a stado lwów widzieliśmy tylko raz i to z daleka. Nasz przewodnik gdy usłyszał od innych kierowców, że są gdzieś lwy, to pędził niczym na autostradzie w Emiratach. Gdy dojechaliśmy, była już tam grupka aut, a lwy sobie na luzie leżały pośród trawy i pewnie zastanawiały się, czy Ci kretyni robiący im zdjęcia są choć trochę smaczni.

W Tsavo mieliśmy okazję zwiedzić część parku na piechotę. Przewodnik zatrzymał się na mini parkingu, gdzie czekała grupka facetów z karabinami. Powiedział do nas, że mamy wyjść – potem coś czego nie zrozumiałam w ogóle –  …a jeden z tych mężczyzn musi iść z nami jakby coś miało nas zaatakować. Przyznam, że gdy to usłyszałam to się trochę zmartwiłam. Wcześniej nam mówił, że będziemy mogli zobaczyć w tym miejscu krokodyle i hipopotamy, a średnio mi odpowiadało bycie zjedzoną przez jakiegoś wielkiego gada. Nasz uzbrojony przewodnik okazał się bardzo sympatycznym “poliglotą”. Nasza niewielka grupka składała się z kilku osób i zapytał każdego o kraj pochodzenia, a potem rzucał jakimiś słówkami w ich językach. To bardzo ciekawe, że po polsku akurat znał “kiełbasę”, sądziłam, że będzie mówił o Lewandowskim czy wódce.  Przez całą trasę prowadziła ścieżka, na której aż roiło się od małp. Okazały się tak fotogeniczne, że ze wszystkich ich zdjęć mogłabym zrobić osobną galerię.

16159

Najwięcej widzieliśmy słoni, samotne i te w wielkich grupach, w sumie było ich chyba kilkadziesiąt jak nie kilkaset. Kilka razy pojawiły się zebry, a żyrafy widzieliśmy wyraźnie tylko przez lornetkę. Dobrze, że są takie wysokie to przynajmniej łby wystawały spomiędzy drzew.  Za każdym razem gdy widziałam jakieś zwierzątko to czułam się jak małe dziecko i aż serce mi podskakiwało ze szczęścia. Gazele z ich śmiesznymi ogonkami, zebry, które wyglądały jak małe, kolorowe koniki czy antylopy dikdik, które są wielkości kota (tych normalnych, a nie takich ogromnych sierściuchów wielkości owczarka niemieckiego). To wszystko było niesamowicie urocze. Bywało, że byliśmy już zmęczeni, bo staliśmy i wypatrywaliśmy, a nie pojawiały się żadne zwierzęta – jest to podobno “game of chances”, czyli gra szans. Nie wiadomo co się zobaczy i czy w ogóle się uda zobaczyć to z bliska.

Wydając mnóstwo pieniędzy na safari mówiliśmy sobie, że to tylko “raz w życiu”. Ale teraz wiem, że mając dziecko na pewno będę chciała zabrać je na safari aby zobaczyło jak powinny żyć te zwierzątka. I zdecydowanie polecam każdemu kto wybiera się w te rejony 😉

143658141235320634A273126193025172024

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s